parallax background

Problem wyrzucanych foliówek

W Boże Narodzenie będzie ciepło
6 June 2017
Starzeję się
12 June 2017
 

Jak pewnie się zorientowaliście, nie należę do osób, które podchodzą entuzjastycznie do idei zakazywania czegokolwiek przez rząd. Za wyjątkiem bród, rudych włosów, barszczu czerwonego, wypowiadania się o globalnym ociepleniu ludziom, którzy nie mają pojęcia o czym mówią, filmów kostiumowych i Fiata Multipli. Z tego właśnie powodu byłem przeciwny zakazowi sprzedaży przez supermarkety reklamówek foliowych, jaki kilka lat temu rząd wprowadził. Co prawda każdego brudasa, który pozbywa się reklamówki poprzez rozwarcie palców i puszczenie jej wolno w świat, kazałbym rozebrać do naga i turlać w beczce pełnej sztyletów, benzyny i soli po głównym deptaku, jednak nie widzę alternatywy dla zrywek. Zupełnie nie przekonuje mnie nawet widok duszącego się w takiej reklamówce pingwina gdzieś na biegunie.

Supermarkety jednak nie ugięły się przed projektem ustawy i po 3 latach doszli do porozumienia i zamiast wycofać reklamówki rząd postanowił wprowadzić za nie opłaty. Tyle, że cena 7 gr nie wydaje się być szczególnie uciążliwa. Gdyby to było 7 tysięcy zł to, może kilka osób zastanowiło by się dwa razy. 7 gr nic tu nie da.

Jednak będąc w sklepie ku mojemu zdumieniu zauważyłem, że reklamówki przy kasach są najmniejszym problemem! Na przykład takie jabłka. Wchodzę do sklepu, staję przy europalecie z jabłkami i te które mi się podobają wrzucam do reklamówki. Niby nic trudnego, a jednak wczoraj okazało się, że jabłka aby mogły leżeć w sklepie wymagają specjalnej przenośnej szklarni. Szklarnia ta, to nic innego jak kawałek reklamówki z wyciętymi dziurkami. Podobnie kalafior i sałata, albo te wodorosty, co przygłupie kobiety jedzą je w porze śniadania zamiast jedzenia. Czy oni je spętali w folię, żeby nie zwiały z półki? Marchewka sprzedawana jest na styropianowej tacce owiniętej folią. To przecież czysta petrochemia, która zamiast znajdować się w moim baku, owija bezsensownie cebulę.

 
 

Wystarczą jedne zakupy aby wygenerować tak wielkie ilości śmieci, że starczyłoby ich na zapełnienie dziury wielkości 45-cio tysięcznego Sieradza. To z kolei doprowadza mnie do szaleństwa, bo później muszę wszystko odpowiednio zapakować, w odpowiednie worki na śmieci. Całość wrzucić do odpowiedniego pojemnika na śmieci i czekać, aż odpowiedniego dnia o odpowiedniej godzinie przyjedzie to wszystko zabrać odpowiednia śmieciarka. Marnuję na to ogromną ilość czasu, a tysiące grubych i głupich ludzi, dla których rozejrzenie się po okolicy za koszem okazuje się czynnością niemożliwą do wykonania, zwyczajnie wywali te śmieci na ulicę.

Cóż więc można zrobić? Firmy, których śmieci pochodzące z ich produktów znajdziemy na ulicy powinny być obciążane kosztami ich utylizacji. To z pewnością szybko zachęciłoby je do zrezygnowania ze zbędnych opakowań. A jeżeli byłoby to niemożliwe, musiałyby zadbać o to, by ich produkty trafiały wyłącznie do osób inteligentnych, na tyle, by wiedziały gdzie szukać kosza na śmieci. Jestem zupełnie przekonany, że gdyby ten pomysł wprowadzili w życie, w ciągu tygodnia zbankrutowałby McDonalds, producent margaryny Flora oraz koncerny tytoniowe.

  • Xara_ck

    W podobnym filmiku Wojciech Cejrowski omówił także zbędne książki dołączane do sprzętów RTV AGD i innych nt instrukcji obsługi w każdym języku świata …. 😉

    • trzyiks

      Tylko, że na książeczkach nie przejadę 100 km samochodem, a gdyby folia pozostała w rafinerii to bym przejechał